Poranna kopi luwak

Od rozpoczęcia śniadania Junior przygląda się jak zauroczony nowym podkładkom pod talerze, które Święty Mikołaj zostawił na stole (Junior – Star Wars Angry Birds, reszta ze zdjęciem fantazyjnie rozsypanych z worka ziaren kawy). Po jakiejś chwili pyta upewniająco, czy takie ziarna kawy to są później mielone. 

Matka udziela odpowiedzi poszerzonej, opisując cały proces przygotowywania kawy, po czym dodaje jeszcze anegdotę o tym jak to odkryto kawę – że afrykański pasterz był głodny i zmęczony, więc zerwał sobie kilka nieznanych mu owoców…

Ojciec w milczeniu przeżuwa kanapkę, dochodząc do wniosku, że nie zna anegdoty o tym jak odkryto kopi luwak, a nawet gdyby znał to jednak powstrzymałby się od opowiedzenia jej przy śniadaniu.

Laser w gazecie

Junior w ramach zajęć domowych zabrał się do rozdrabniania suszonych krewetek dla Żółwia (są za duże „na raz”, więc niestety trzeba je ręcznie łamać na kawałki, a lepiej to zrobić raz na jakiś czas hurtowo). W tym celu rozłożył gazetę na podłodze, wysypał zawartość pudełka, i dzieli.

W pewnej chwili znad tych krewetek pyta wykonującego nieopodal inne prace domowe Ojca:
– Ojciec, a co to właściwie jest laser?

Ojciec w duchu zadaje sobie na początek pytanie „skąd mu się to tym razem wzięło” – bo nie wie, czy Junior zasłyszał ten laser od kolegów, przeczytał w książce, natrafił w TV lub w komputerze, no i w jakim kontekście.. W każdym razie po krótkim namyśle odpowiada, że to taki specjalny promień światła i pyta skąd taka kwestia.

Na to Junior odpowiada znad krewetek:
– Bo tu w gazecie jest laserowe usuwanie żylaków…

I tyle byłoby jeśli chodzi o broń z SF. 

Pomagator

Język polski, jak wiadomo, plastycznym okrutnie jest, i aż zachęca do słowotwórstwa. W przypadku dzieci nie zawsze wiadomo jednak, czy to zabiegi świadome, czy wynik jedynie pewne wciąż jeszcze niezdarności językowej.

W przypadku Juniora, mówiąc szczerze, dość często mamy do czynienia ze zwyczajnymi wygłupami, któym bliżej jest przekręcania z czystej przekory niż świadomemu słowotwórstwu (i bywa to mocno irytujące). Kiedy więc Ojciec słyszy, jak Junior zabierając się do jakieś zadanej mu pracy, wybiera do towarzystwa jakiegoś pluszaka i mówi:
– To będzie mój POMAGATOR,
to reaguje nieprzychylnie, stwierdzając że nie ma takiego słowa.

A potem się dziwi, jak mu Matka z Juniorem pospołu kontrują, że jest. Bo w podręczniku tak nazwano jakiegoś kosmicznego stworka. 

Jeden procent

Do zakończenia ciszy wyborczej jeszcze zostało, ale mogę śmiało pisać, bo to nie o wyborach.

Junior brał udział w szkolnym konkursie matematycznym. Szkolnym w znaczeniu przeznaczonym dla uczniów, sam konkurs ma bowiem charakter międzynarodowy. Pojawiły się wreszcie wyniki, nieoficjalne nieco jeszcze, ale wynika z nich, że w swojej kategorii w regionie (obejmującym z grubsza stare województwo) Junior uplasował się w czołowym procencie (w szerszej skali nie mam pojęcia).

Pękać z dumy to może zbyt wielkie słowo (pozycja medalowa to to nie była), ale Rodzice są wzruszeni.

Wszyscy tkwimy w XX wieku

Junior przyszedł ze szkoły z zadaniem, aby wymyślić, kto pracuje w nocy. Jakieś tam przykłady miał w zadaniu już z góry podane, chodziło o to, by listę poszerzyć, takie kreatywne.

Junior myślał i wymyślał, Rodzice cierpliwie słuchali i podpowiadali lub sugerowali że nie tędy droga. Przewinęli się m.in. technicy od sieci elektroenergetycznej (nie tymi słowy), górnicy na nocnej szychcie (przynajmniej ci z utrzymania, bo nie wiem czy teraz ktokolwiek po nocy fedruje), aż wreszcie Junior – nie można mu odmówić pewnej logiki – pyta:

– A w elektrowni to ktoś w nocy też węgiel do pieca dorzuca?

Rodzice przyznali, że przynajmniej ktoś tego pieca pilnuje. Choć w zasadzie w elektrowni nigdy nie byli.

Sposób

Takie teraz czasy, że podręczników dodaje się płyty komputerowe. Nie jest to oczywiście jakiś straszliwie odjechany pomysł, zwłaszcza jeśli chodzi o płyty używane na zajęciach komputerowych (tak się nazywają na etapie klas 1-3), niemniej jest to dodatkowy drobiazg o którym trzeba pamiętać. 

Tak się złożyło, że po feriach Junior nie może odnaleźć swojej osobistej płyty na zajęcia komputerowe. Dość szeroko zakrojone poszukiwania na razie nie przyniosły rezultatu, więc Rodzice (choć nie bardzo są w stanie zrozumieć jak Junior mógł się tej płyty pozbyć) liczą się z tym, że się jej nie uda odnaleźć, a przynajmniej nie przed najbliższymi zajęciami komputerowymi. Stawiają więc przed Juniorem Wielkie Pytanie:
– A jak się ta płyta nie znajdzie to co zamierzasz zrobić?

Na co Junior po krótkim namyśle odpowiada:
– Trzeba napisać do wydawnictwa, może przyślą… 

O (nie)meldowaniu Ukrainki

Życie prawnika umilane jest czasem przez intrygujące sprawy, intrygujące nietypowością sytuacji, do której próbuje się zastosować przepisy prawa co do zasady przewidziane na zupełnie inne okazji (ach, doprawdy, czemuż to nie u nas toczyła się sprawa o uznanie za wypadek przy pracy sytuacji, w której na pewną pracownicę w podróży służbowej spadła z sufitu lampa, kiedy ta w pokoju motelowym… oddawała się miłości ze swoim przyjacielem – sąd australijski ostatecznie uznał, że nie było to związane z pracą i odszkodowanie się nie należy). Niemniej i u nas znajdujemy różne kwiatki, które od niedawna stara się zbierać i propagować na Facebooku fanpage Orzeczenia Sądu Najwyższego, o których nie miałeś pojęcia

Ostatnio przypomniał stare, lecz niezmiennie urzekające orzeczenie Naczelnego Sądu Administracyjnego z początków jego działalności, dokładnie z 20 lipca 1981 roku:

Żona, której mąż utrzymuje stosunki intymne z pomocą domową zameldowaną i zatrudnioną u osoby trzeciej, nie jest legitymowana do wniesienia skargi do Naczelnego Sądu Administracyjnego na decyzje w sprawie ustalenia charakteru pobytu pomocy domowej u osoby trzeciej, ze względu na brak po jej stronie interesu prawnego lub obowiązku, które stanowiłyby legitymację materialnoprawną będącą podstawą legitymacji procesowej w świetle art. 28 Kpa.  

Zasadniczo jednak do napisania tej notki skłonił mnie zamieszczony na rzeczonym fanpage’u pod tym orzeczeniem komentarz pewnego młodego człowieka (studenta prawa o ile się nie mylę), który stwierdził, że zapewne będąca cichą bohaterką orzeczenia pomoc domowa była Ukrainką, i zupełnie nie rozumiał, jakie znaczenie ma czas wydania orzeczenia. Skłonił mnie do nieuchronnych myśli o przemijaniu – my (autor i jego pokolenie, bo nie same Zapiski) pamiętamy, jak wyglądały realia roku 1980, kiedy to obowiązek meldunkowy był rygorystycznie egzekwowany, a jego niedopełnienie groziło grzywną. W tamtym czasie Ukrainki nie przyjeżdżały pokątnie sprzątać po domach i być bohaterkami żartów Figurskiego, ponieważ wydostanie się przez nie ze Związku Radzieckiego graniczyło z cudem, a o nielegalnym uciekaniu przez granicę, żeby popracować w sąsiednim kraju demokracji ludowej, nikt nawet nie myślał, bo mogło się to skończyć bardzo niemile (obozem dla uciekającego, i zapewne też jakimś wyrokiem dla zatrudniającego, w tamtych czasach prawa nie praktykowałem, więc z pamięci nie powiem, a sprawdzać mi się nie chce). Bieżące pokolenie nie ma już o tym pojęcia, następnemu tym bardziej nie przyjdzie to do głowy…

Na głowie

Junior z Ojcem stoją przed monumentalnym Mojżeszem dłuta Michała Anioła. Junior dla kunsztu rzeźbiarskiego jeszcze wiele zrozumienia nie ma (wolno mu, Ojca zdaniem), więc Ojciec w ramach zachęty podpowiada Juniorowi, żeby się rzeczonemu Mojżeszowi nieco staranniej przyjrzał, i powiedział co tam nietypowego widzi, coś czego Junior nie posiada. Junior patrzy bez przekonania i mówi:
– Flagę.
[Ojciec nie do końca chce się zastanawiać o jaki wyrób flagopodobny mogło chodzić, więc delikatnie kieruje uwagę Juniora w stronę głowy]
– Brodę – rzuca Junior.
[Brodę Mojżesz istotnie ma imponującą, ale Ojciec cierpliwie – wciąż – podsuwa, że może ten Mojżesz ma na głowie coś czego nikt inny nie ma..]
Junior spogląda i mówi;
– Łyżki.

Mojżesz rogaty Michał Anioł Rzym Włochy

Cóż, historycy sztuki widzą raczej rogi (i potwierdzają to źródłami), ale każdemu wolno mieć własne zdanie, w końcu rogi u człowieka występują na głowie równie rzadko jak łyżki. 

Jak jedna złotówka to mało…

Junior z przedszkolem rozstał się jakiś czas temu, więc kompletnie nie rejestruję, w jaką stronę podąża ewolucja tej instytucji. Wtedy, kiedy mnie to obchodziło, pojawiła się zasada „pięciu godzin”, jakoś tam przyswojona. Teraz natomiast od paru dni bombardowało mnie pojęcie „jednej złotówki” i kompletnie nie wiedziałem o co chodzi, dziś dopiero natrafiłem (nie szukałem, same na mnie wyskoczyły) na teksty dotyczące zagadnienia. 

No więc… jak rozumiem, w ramach urawniłowki (powiedzą jedni) lub w trosce o wyrównywanie szans (powiedzą drudzy) wprowadzono zasadę, że za zajęcia dodatkowe (czyli powyżej pięciu godzin opłacanych przez gminę) rodzice mogą płacić nie więcej niż 1 zł za godzinę, a jeżeli to nie pokrywa kosztów (słowo „jeżeli” jest grzecznościowe) to nadwyżkę finansuje się z dotacji przekazanej przez rząd. Dotacja ta oczywiście nie jest tak wysoka (no dobra, tak się twierdzi), żeby sfinansować fanaberie pokroju warsztatów ceramiczno-baletowych czy teatru karate, prowadzonych przez znakomicie przygotowanych wysokiej klasy profesjonalnych zawodowców, zajęć przecież niezbędnych do prawidłowego rozwoju przedszkolaka. Teraz, jejku jejku, będą musiały wszystkie zajęcia prowadzić te biedne (nieprzygotowane) przedszkolanki…

Dworuję sobie, bo przeczytałem o żalach rodziców, „których przecież stać” (ich akurat), a tak będą musieli wozić biedne dzieci z publicznych przedszkoli na zajęcia popołudniowe, od czego „będą zmęczeni i wydadzą dodatkowe pieniądze”. Ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego w takim razie nie zamówią sobie/dzieciom zajęć, na które profesjonalny instruktor przyjedzie do domu – na pewno mniej się zmęczą, a przecież stać ich chyba, nie są przecież aż takim plebsem? 

Skąd się biorą pająki

Junior czytuje ostatnio (niespiesznym tempem pierwszaka) rozmaite lektury, wśród których ostatnio znalazły się i mity greckie. Podczas wakacyjnych spacerów lubił się dzielić rozmaitymi wrażeniami z tych lektur, między innymi streszczał z przejęciem mit o Arachne i jej nieszczęsnym pojedynku z Ateną. Opowiadał więc i opowiadał, doszedł do momentu przemiany tkaczki w pająka, po czym skonstatował:

– A potem Arachne się rozmnożyła…

U żadnego Parandowskiego czegoś takiego nie pamiętam, rośnie więc młody zdolny interpretator.