Takie tam o dinozaurze

Junior od pewnego czasu zbiera malutkie (po parę centymetrów) plastikowe figurynki dinozaurów, dołączane promocyjnie do opakowań jogurtów (nie powiem jakich bo nie chce mi się uprzedzać o lokowaniu produktu, a poza tym i tak nie pamiętam). Dziś rozpakował kolejnego, tym razem mniej więcej takiego parasaurolophusa. Ogląda go nie bez zachwytu, po czym postanawia się podzielić z Rodzicami taką oto zaskakującą nieco refleksją:
– A ten parasaurolopus to na pewno się cieszy że trafił tu do nas i do innych dinozaurusiów, bo przedtem na pewno czuł się bardzo samotny…

Ojciec wymamrotał tylko po cichu pod nosem:
– Wstań, powiedz nie jesteś sam… 

Noworoczny gender

Przy noworocznym śniadaniu (już parę godzin temu, żeby nie było) Junior patrzy na oliwkowo zakończone ręce Matki i pyta:
– Matko, czy tylko dziewczynki malują paznokcie?
na co pada gromkie Matki:
– TAK
oraz cichutkie pod nosem Ojca (z głową zwróconą w kierunku Matki)
– dżęder we wsi stoi…

Spokojnego Nowego Roku. 

Na głowie

Junior z Ojcem stoją przed monumentalnym Mojżeszem dłuta Michała Anioła. Junior dla kunsztu rzeźbiarskiego jeszcze wiele zrozumienia nie ma (wolno mu, Ojca zdaniem), więc Ojciec w ramach zachęty podpowiada Juniorowi, żeby się rzeczonemu Mojżeszowi nieco staranniej przyjrzał, i powiedział co tam nietypowego widzi, coś czego Junior nie posiada. Junior patrzy bez przekonania i mówi:
– Flagę.
[Ojciec nie do końca chce się zastanawiać o jaki wyrób flagopodobny mogło chodzić, więc delikatnie kieruje uwagę Juniora w stronę głowy]
– Brodę – rzuca Junior.
[Brodę Mojżesz istotnie ma imponującą, ale Ojciec cierpliwie – wciąż – podsuwa, że może ten Mojżesz ma na głowie coś czego nikt inny nie ma..]
Junior spogląda i mówi;
– Łyżki.

Mojżesz rogaty Michał Anioł Rzym Włochy

Cóż, historycy sztuki widzą raczej rogi (i potwierdzają to źródłami), ale każdemu wolno mieć własne zdanie, w końcu rogi u człowieka występują na głowie równie rzadko jak łyżki. 

Geografia kotletów

Dla ułatwienia sobie (i innym) życia Ojciec od czasu do czasu produkuje w kuchni większy zapas dań obiadowych, które następnie się zamraża i wyjmuje odpowiednią porcję we właściwym momencie (w tym średnio na co drugi obiad Juniora w dzień szkolny). Wszystko jest precyzyjnie opisane, więc w każdej chwili wiadomo co można wyjąć i rozmrozić (i ile czego jest, rzecz jasna). 

Dziś Ojciec powrócił do domu w porze obiadowej i zoczył na Juniorowym talerzu kotlety mielone. Produkował je ostatnio w kilku wersjach, różniących się zwykle składem, a czasem i technologią (smażone vs pieczone), więc jakoś tak zaczął się przyglądać, starając się rozpoznać swoje dzieło. Junior wejrzał nań wzrokiem dziwnym, więc Ojciec uprzejmie wyjaśnił, że zastanawia się co to za kotlety.

Junior postanowił być pomocny i odrzekł:
– Ten jest lewy, ten jest prawy, a tamten jest górny… 

Nosił Ojciec razy kilka

Jak niewątpliwie wszyscy inteligentni czytelnicy tego bloga (są inni? raz, dwa, trzy… nie widzę:)) się domyślają, kiedy w Zapiskach pojawiają się opowieści o Juniorze, to wszelkie nazewnictwo jest umowne.

Ostatnio jednak Ojciec doznaje trudnego do opisania uczucia (profetyczność? złośliwość? cokolwiek), kiedy słyszy, jak Junior zaczyna się do niego zupełnie niestylistycznie zwracać per „Ojciec” („Ojciec, chodź”). Ojciec nie wie, czy to pod wpływem Juniorowych lektur*, ale nie ukrywa, że zdecydowanie woli formę typu „tato”. 

Ojca nieszczególnie pociesza, że Junior do Matki też się zwraca per „Matko”. 

*o ile Ojcu wiadomo, to Zapisków… Junior na razie nie czyta

Austriackie koligacje

Rozpoczynamy wczesnowieczorne obchody Nowego Roku dla młodzieży (młodzież w składzie domowym wyłącznie). Junior grzebie na podłodze w serpentynach i balonikach, a Matka poszerza mu horyzonty, cierpliwie opowiadając o tym i owym. Jako że z głośników płyną walce wiedeńskie, jednym z tematów opowieści jest walc („nie walec!” kontruje z boku Ojciec pomysły Juniora), koncert noworoczny filharmoników wiedeńskich oraz Straussowie. Junior się wsłuchuje w te opowieści, po czym upewnia się:
– To te walce pisali ojciec syna i jego syn? 

Dzikie zaufanie

Niedzielny spacer w słoneczne popołudnie. Rodzice wchodzą z Juniorem do lasu. Junior ma nietęgą minę. 
– Ojciec, a co będzie jak przyjdą dziki? [a bywają w szeroko rozumianej okolicy]
– Nie przyjdą. 
– Ale jak jednak przyjdą?
– To zrobisz jak w wierszyku. [swoją drogą jak to być może że nikt tego wierszyka samodzielnie nie zamieszcza, tylko w całym stadzie]
– Ojciec, ale czy dziki lubią szyszki? [Junior znalazł i zabrał „śliczną szyszkę”]
– Nie wiem, zapytaj dzika jak przyjdzie. Może będzie chciał twoją szyszkę, jeśli lubi. 
– Ale ja mu jej nie dam.
– A jak będzie chciał sam wziąć?
– To pomożesz…

Ojciec nie jest przekonany do wizji konfliktu zbrojnego z dzikiem o jedną szyszkę, ale docenia.  

Słodkie szczeniaczki

– Ojciec, a gdzie są te szczeniaczki?
– [westchnienie Rodzica nad nazbyt dobrym i selektywnym słuchem dziecięcia] Jakie szczeniaczki?
– No te małe pieski.
– Nie ma żadnych małych piesków, nie wszystko co się tak samo nazywa, to samo oznacza.*
– Aha, to na nich pewnie jest napisane „do 12 miesiąca życia”?

* niektórzy to zwą małpkami, maluchami etc.

Na wszelki wypadek

Junior zabrał się za składanie auta z klocków. Ponieważ klocków ma, można powiedzieć, dostatek (z różnych kompletów starannie wymieszanych), to znalezienie tego akurat potrzebnego bywa trudne i wtedy następuje inwokacja „Ojciec, pomóż”. Dziś Junior wysypał zawartość poszczególnych pudeł w kilku miejscach, i wzywając Ojca na pomoc, rzekł:

– Na wszelki wypadek, rozdzielmy się na grupy..

Ojciec nie wie, skąd konkretnie dziecię podłapało poszczególne kawałki tej frazy, ale śmiał się w duchu serdecznie.

(150)