A to je segway

Wychodzimy na praski rynek Starego Miasta. Na rynku tradycyjny i spodziewany tłum, tu grajek, tam jazzband, tu mim, tam drugi mim (fantastycznie wyglądało jak dwóch takich wymalowanych zrobiło sobie przerwę na pogawędkę, jeden pomalowany na srebrno, drugi na złoto), sporo turystów (choć jeszcze nieprzesadnie, wcześnie było). Elementem nieoczekiwanym było stadko młodych ludzi na segwayach, wykonujących sobie swobodne ewolucje, których głównym celem było zwrócenie uwagi na ich pojazdy – i ich wynajęcie przez turystę, w sumie nie wpadali na ludzi, a na siebie za bardzo też nie. 

Muszą być te segwaye całkiem popularne, patrząc na ilość punktów je oferujących, ale i korzystających nie brakowało. Największym chyba zaskoczeniem było uświadomienie sobie, że maszynki te całkiem dobrze sprawują się w jeździe pod górę, kiedy spacerowaliśmy po petrzyńskim parku (położonym na zboczu petrzyńskiego wzgórza o całkiem pokaźnej wysokości). Rodziło to trochę dyskomfortu, bo nie będąc zbyt głośnymi, segwaye nazbyt szybko zbliżały się do człowieka na podejściu, w tempie nieosiągalnym dla zwykłego rowerzysty, i nawet jeżeli to jadący mieli obowiązek uważać na idących, to obawy o kolizję spowodowaną nieuwagą (czy głupią reakcją Juniora) zaburzały jednak wewnętrzną harmonię osiaganą dzięki słoneczku, zieleni i poczuciu urlopu (piwo pojawiało się dopiero wieczorem). Precz z eufemizmami, zwyczajnie nie lubiłem tych turlających się pod górę (w dół zresztą też nie), aż w pewnej chwili pojawiła się szajba jak z Młynarskiego i pomyślałem sobie: „A co jak im taki segway w połowie zbocza nawali i będą musieli te kilkanaście* kilo zataszczyć na dół…”

Zagłębiamy się w uliczki Malej Strany, szukając najlepszego miejsca na zjedzenie obiadu. Na Maltezskim namesti wokół pomnika jeździ segwayami w kółko grupka Niemek (wnioskowałem z języka którym się posługiwały). Gdzieś przy trzecim pełnym radości kółku postanowiły zacząć śpiewać piosenkę rozsławioną przez wracających do domu z mundialu zwycięskich niemieckich futbolistów, nie mam tylko pewności, czy zachowały pierwotne „so gehen die Deutschen”, czy dostosowały czasownik do swojej jazdy. 

Chyba jednak nie lubię segwayów.

*w rzeczywistości to podobno ponad trzydzieści

Praha międzynarodowa

Wchodzimy do sklepiku zrobić drobne zakupy typu owoce czy masełka. Obojętnie dość przyjmujemy fakt, że za ladą stoi Wietnamka, a pomaga jej druga (tak nam się jakoś wydawało że to Wietnamka, a nie Chinka czy Koreanka, ale tak w stu procentach nie czuję się ekspertem). Następnego dnia wchodzimy do sąsiedniego sklepiku, tam również azjatycka obsada. Zerkamy z głupia frant do trzeciego, później do następnych, zaczynamy mieć wrażenie, że drobny handel w Pradze został przez Azjatów zmonopolizowany, nieważne czy w sposób mafijny, czy nie, Czesi (jako pracownicy) skupiają się głównie w marketach.

Na Starym Mieście z kolei przyciągają wzrok tajskie masaże. Obok salonu figur woskowych (co poradzę, taka moda na imitacje), w tej samej kamienicy zaprasza salon masażu stóp (jak znajdę zdjęcia to jako dorzucę), na ulicy naganiacz próbuje zachęcać do skorzystania. Przy Rynku przyciąga wzrok efektowna kamienica Storcha, póki nie spojrzy się na parter, pewnie dobrym wytłumaczeniem faktu, że na większości zdjęć pokazuje się malowidło ciągnące się od pierwszego piętra w górę, jest znajdujący się na parterze kolejny tajski salon… Przypomina mi się, jak w Paryżu naleśniki sprzedawali Chińczycy, trend jak widać jest, także kiedy oferta sklepu z czekoladkami obejmuje głównie produkty belgijskie. 

Mimo wszystko jednak za przesadę uznałem Murzynów ubranych w marynarskie ubranka, zachęcających do rejsów po Wełtawie. 

Preferencje seksualne Google

Temat pojawił się gdzieś na fejsbuku, w konwencji mocno żartobliwej. Z głupia frant postanowiłem sprawdzić, i okazało się, że istotnie w informacji tkwiło solidne ziarno prawdy. Kiedy bowiem użyć Google Translate i kazać mu przetłumaczyć na polski frazę „homosexuality is wrong”, otrzymujemy efekt dość zastanawiający, poddający w wątpliwość nasze własne kompetencje językowe:

homosexuality is wrong?

Błędy i inne dziwactwa Google Translate są znane, więc od razu sprawdziłem wersję alternatywną, co jednak spowodowało tylko wyższe uniesienie brwi:

heterosexualism is wrong?

Kolejne próby (też uwiecznione, lecz po cóż marnować przestrzeń) dowiodły, że Google Translate biseksualizm i aseksualizm traktuje na równi z hetero. Poszukiwania nie wykazały istnienia jakiegoś idiomatycznego traktowania zwrotu „homosexuality is wrong”, bo tylko to przychodziło mi do głowy jako możliwość (mało prawdopodobną) wytłumaczenia tych zadziwiających wyników na gruncie czysto językowym. I wtedy wpadłem na jeszcze jeden pomysł, zmieniłem w GT język docelowy i…

homosexuality is wrong Putin says

Oczywiście taki wynik można tłumaczyć niechęcią Putina do homoseksualizmu, ale trudno byłoby o coś podobnego podejrzewać wesołych Czechów, a w czeskim tłumaczeniu wychodziło „homosexualita je nemravná” (rozumiecie, że nie mogłem się powstrzymać przed podaniem tego uroczo brzmiącego przykładu).

Mówiąc bardziej poważnie – nie wnikam, dlaczego Google Translate głupieje przy przekładaniu tej frazy akurat na polski, zdecydowanie nie podoba mi się natomiast fakt, że nie można ufać takim urządzeniom.

Kwestia oczekiwań

Nauczycielka muzyki Waleria Ryszanek (44) jest zaszokowana: ten mężczyzna jest o głowę niższy ode mnie, a do tego gruby i łysy!

W ubiegłym miesiącu tematem dyskusji gazetowych był list pewnej pani, która w wieku trzydziestoplusletnim, będąc skarbnicą wielu zalet, straszliwie ubolewała, że nie potrafi znaleźć godnego jej partnera. Doczekała się w odpowiedzi wielu listów i komentarzy, przeważnie sugerujących, że nie docenia własnych ułomności, bądź wyolbrzymia ułomności swoich zalotników (jeśli to słowo w ogóle jest na miejscu, jeśli właściwszym określeniem nie byłoby: uczestników castingu). 

Potem dwanaście lat żyła bez mężczyzny, wprawdzie od czasu do czasu znajdował się jakiś zainteresowany, ale apodyktyczna Waleria szybko go do siebie zniechęcała

Kiedy czytałem te dyskusje, przychodziło mi do głowy wiele złośliwych komentarzy osadzonych w kulturze (w tym w popkulturze). Żaden jednak nie wydawał się bardziej odpowiedni, niż cudowne opowiadanie Vladimira Parala ze zbioru „Dekameron 2000 czyli miłość w Pradze”, zatytułowane „Waleria i jej mały magister” (w przekładzie Emilii Witwickiej). Bohaterkę żeńską scharakteryzowały powyższe cytaty, bohatera męskiego… przedstawiły raczej niż scharakteryzowały, on sam szybko „zaczął rozumieć, jakiego rodzaju kobietę ma przed sobą”. Dalszych opisów postaci i rozwoju akcji już cytować zasadniczo nie będę, kto ciekaw niech przeczyta sam, kto nie ciekaw… co ja mu poradzę, Parala zawsze czytać warto, nie znam lepszego poety codziennego, monotonnego życia, na dodatek z czeskim urokiem. W każdym razie złośliwie oczywiście zadedykuję pani, która zainicjowała tę dyskusję, ten passus:

Walunia nie posiadała się z radości, Sławek wszystko potrafi i właściwie wcale nie jest taki gruby i włosów zostało mu jeszcze sporo, zwłaszcza po bokach i z tyłu na ciemieniu, w końcu choćby taki Napoleon też był niedużego wzrostu, miał brzuszek i niewiele włosów.

Oczywiście, myślenie zaprezentowane w tym zbiorze jest przedćwierćwieczne, miłośnicy gender i feminiści może poczują się dotknięci, nie rusza mnie. I doprawdy, przecież nie zanudzałbym banalnym happy-endem.

O kremacji po czesku

W dzisiejszej GW Mariusz Szczygieł (felieton z cyklu „Czechofil”, niedostępny w sieci, przynajmniej na razie lub bezpłatnie) pisze o popularności kremacji zwłok wśród Czechów, nie po to, żeby odkryć Bohemię, tylko po to, żeby na marginesie wzmianki o wydaniu – czeskiej, a jakże – książki „Palacz zwłok” opowiedzieć o małych historyjkach z życia Czechów, przeczytanych w listach, gazetach i internetach. 

Przypomniał mi się przeczytany przed laty poczciwy czeski kryminał z czasów I Republiki (właściwie zbiór krótkich form kryminalnych). W jednej z nich pojawia się zły mąż, który zabił żonę i dyskretnie dokonał jej kremacji w domowym piecu. Został złapany, odbył się proces, na którym szczegółowo dowodzono, jak to zły mąż spopielał zwłoki żony. Narrator zwrócił uwagę na cichego, niepozornego człowieka siedzącego na sali rozpraw, który chłonął te opowieści z wielką uwagą. Narratora zafrapowało, kim ten człowiek właściwie jest – cichym wspólnikiem? Fanem mordercy? A ten okazał się być przedstawicielem towarzystwa przyjaciół kremacji, który – jak sam wyjaśnił – słuchał z taką uwagą, bo z wywodu wynikało, że złoczyńca do skremowania żony potrzebował około pięciu metrów sześciennych opału, a im w towarzystwie nie udawało się zejść poniżej ośmiu metrów sześciennych.. (jak on to, pane, zrobił?)

Jakież to czeskie: urocze i pragmatyczne zarazem.