Wilk syty i liturgia cała

Wspominałem już kiedyś, że uwielbiam jak w okresie świątecznym podczas mszy śpiewa się tyle kolęd, ile się tylko da wcisnąć, a nawet więcej, nawet jeżeli staje się to niepoprawne liturgicznie

Dziś podczas mszy, kiedy zgodnym chórem śpiewaliśmy Gdy się Chrystus rodzi, gdzieś podczas pierwszego Gloria in excelsis Deo mój mózg odnotował jakąś niezgodność, jakieś dźwięki zupełnie nie pasujące do całości, jakby ktoś niezadowolony gadał trajkotliwie na uboczu o czymś zupełnie innym. Wytężyłem zmysły i za chwilę zrozumiałem. Proboszcz zamiast śpiewać z nami, szybko recytował pod nosem „Gloria..”, żeby wymogom liturgii stało się zadość – a potem dołączył do wspólnego śpiewania. 

Spokojnego świętowania i niech Was nie zwieje.

To właśnie miłość…

Przedświątecznej nawał roboty, sobota to był najwyższy czas żeby zabrać się za wyprodukowanie odpowiedniego zapasu moich ulubionych okrągłych ciasteczek makowych. Wymagają one ręcznego wyrobu, a że zgubiłem gdzieś jedną z tradycyjnych dwóch tur przygotowywania, to musiałem nadrobić w jeden wieczór. Ciasto było przygotowane, piekarnik został włączony, blachy naszykowane… a żeby wieczór milej płynął, to dobrą rzeczą jest włączyć jakiś umilacz dla oczu (jako że robota jest ręczna, to zajęcia uprzyjemniające wymagające wykorzystanie rąk były wysoce niepraktyczne). A skoro Święta – to oczywiście można odświeżyć stare (około)świąteczne filmy…

Każdy ma swoje filmy ulubione, o jednym z moich pisałem już na blogu parę nawet razy. Love, actually, nie wymaga szczególnej uwagi, jest lekki i słodki (tych wątków, które są smutne, możemy przecież nie lubić, wtedy kula się ciasteczka ze zdwojoną energią). Żarty i żarciki śmieszą niezmiennie, a do tego tylu fajnych aktorów do oglądania.

Alan Rickman, on mógłby grać i halabardnika. 

Keira Knightley, jak już pisałem...

Hugh Grant, błaznuje w swoim niezrównanym stylu. 

Martin Freeman, wtedy jeszcze nie hobbit, ale w jednym z najśmieszniejszych wątków filmu.

Elisha Cuthbert w wersji sprzed 10 lat (no dobra, nie ze względu na kunszt aktorski). 

I masa, masa innych (kogo kto lubi)… Andrew Lincoln nie mógłby już dziś zagrać swojej popisowej roli, bo za bardzo się kojarzy z dzielnym pogromcą zombie. (Na karb nieuwagi spowodowanej koniecznością zajmowania się ciastkami składam doszukanie się w obsadzie Naomie Harris – pewnie dlatego, że uroczym smaczkiem byłoby przedzierzgnięcie z sekretarki premiera w Moneypenny, poza tym fryzura mocno pomogła tej pomyłce).

Filmu i tak zabrakło na całość, ale drugi raz nie puszczałem, wszystko ma granice (poza tym zoczyłem w programie parę seriali). 

Jako że pisze mi się ostatnio kiepsko, to korzystając z okazji od razu życzę wszystkim Wesołych Świąt. Z miłością, oczywiście. Po raz pierwszy, jakby co.

Kury na choince

Okres świąteczny (w sensie bożonarodzeniowy) trwa właściwie do dziś (sprawdzić czy nie prawosławni), więc wpis wciąż jeszcze będzie na czasie. 

Wybraliśmy się na wycieczkę do sympatycznego miasteczka Strumień. Pogoda nie wyglądała szczególnie zimowo, niemniej wiatr chyba akurat zimne powietrze przywiewał, więc na szersze zwiedzanie ochoty nie mieliśmy, więc z parkingu szybko pomknęliśmy do głównego celu, którym była żywa szopka. 

Koło strumieńskiego kościoła św. Barbary zbudowano takie drewniane chatynki czy szopy, w których rozmieszczono rozmaitą zwierzynę. Jest tam i fauna zwyczajnie gospodarska: króliki, owce, kozy, drób domowy, i inna rodzima, jak bażanty czy daniele. Są zwierzęta kojarzące się biblijnie, jak osiołki czy wielbłąd, oraz zupełnie egzotyczne, dla samego tylko urozmaicenia dodane, jak alpaki, papużki czy strusie. 

Wygląda to całkiem fajnie, kozy z owcami biją się nieustannie o ludzkie względy (i dodatkowe garście siana, choć pod nogami mają go pod dostatkiem). Ptactwu zapewniono odpowiednią ilość gałęzi, na których mogą wysiadywać. Cóż, widok zwierząt to dla mnie nie nowina, czy w zoo, czy w gospodarstwach, ale jedną rzecz widziałem po raz pierwszy. Na wybiegu dla drobiu postawiono choinkę. Kury potraktowały ją jako grzędę i obsiadły tłumnie. W domu bym takich dekoracji choinkowych na pewno nie umieścił.

kury choinka żywa sopka Strumień Boże Narodzenie

Dwa lata w kuchni

Czas przedświąteczny zimny jest jedynie na zewnątrz, wewnątrz domów zaś praca wre na wszystkich frontach. Najprzyjemniejsza (może poza dekorowaniem) jest robota w kuchni, której szczególnie wtedy nie brakuje, bo człowiek w imię tradycji zmusza się/pozwala sobie na rozmaite ekscesy, o innej porze roku niespotykane, szykowane całymi dniami (jeśli nie tygodniami).

Wpadło mi do głowy, żeby z kuchennych przygotowań zrobić blogową relację na żywo. Ostatecznie mi to z głowy wypadło, kiedy sobie pomyślałem o kłopotach przy pracach, od których ręce stają się mocno zabrudzone (a czeka mnie m.in. oprawianie ryb, laptop aż jęknął na myśl o kontakcie ze mną w takiej sytuacji). Niemniej próbka relacji wyglądałaby następująco:
14.45 łupię orzechy
14.50 mieszam kapustę
14.55 wciąż łupię orzechy
15.00 znów mieszam kapustę 
15.05 łupię inne orzechy…
(na faktach, jak mawia znajomy opowiadając dowolny dowcip). Równie atrakcyjnie wyglądałaby trzygodzinna relacja z kulania malutkich okrągłych ciasteczek (element konieczny świątecznego rytuału), ale to jest zwykle odprawiane wieczorami i z pewnym wyprzedzeniem). 

Tym, którzy chcieliby pomyśleć, że przesadziłem z tytułem, wyjaśniam, że przy bawieniu się z bakaliami i makiem (nie zapominając o kapuście), dwukrotnie zdążyłem wysłuchać w całości „Czterech pór roku” Vivaldiego (a jak doliczyć, że mi gupi jutub zerwał odtwarzanie nagrania berlińskich filharmoników pod batutą Karajana, to będzie prawie dziesięć pór roku).

Wesołych Świąt po raz drugi i w pełni sprawnych organów układu pokarmowego!
 

Idą Święta (TM)

Święta za pasem, trochę czasu spędziłem ostatnio w placówkach handlowych. Pomysłowość handlowców, przyznam szczerze, zaczyna przerastać moją wyobraźnię, to co opisywałem ostatnio, to doprawdy nic w porównaniu z tym, co szykują na świąteczne żniwa. 

Oczywiście gdzie tylko może dominuje licencja i franczyza, wszystko może być ozdobione czy wystylizowane na wszystko, dowiedziałem się o istnieniu lalek-potworków, kreskówek z lalkami-potworkami i zestawów do przebierania się za lalki-potworki. Wzdycham z ulgą, że moje dziecko na razie nie jest targetem tego rodzaju gadżetów. 

Znacznie bardziej mnie przybiło, co się wyrabia ze starwarsowym dziedzictwem, i to jeszcze zanim Disney wygodnie się na nim rozsiadł. Pal sześć karty i klocki, nie bez rozbawienia obejrzałem szachy z bohaterami wczesnej i późnej młodości (myśliwce jako pionki, Luke z Yodą na plecach jako skoczek, Leia jako królowa, a może jako król?). Szczęka mi opadła jednak na widok połączenia dwóch licencji – czyli zestawu Star Wars Angry Birds: zbuduj sobie zamek i go rozwal z wyrzutni latającym Hanem… 

No i oczywiście jest moda na kolekcje, w sensie zamiast jednej książki danego autora kup od razu cztery, na przykład. Nie wiem tylko co zrobić, jak już jedną czy dwie książki z zestawu mam (ja albo dowolny ostateczny odbiorca), zwłaszcza że wydać muszę już sumkę pokaźniejszą (niby okazja, 25 za sztukę, ale w sumie stówa). Cały czas fascynuje mnie, dlaczego obok siebie leżały dwa zestawy House’a: jeden obejmował sześć sezonów i kosztował siedem stów, drugi obejmował osiem sezonów i kosztował sześć stów. Oczywiście może ten krótszy był bardziej wypasiony, ale ja sensu wciąż nie widzę, wybaczcie. Wszystko przebijał jednak podręczny zestaw Mozarta, podręczny bo wszystko w jednym miejscu: komplet (podobno) dzieł, 170 płyt. W sumie w okazyjnej cenie, bo tańszy od tego House’a. 

Wesołych Świąt po raz pierwszy i nie zwariujcie!

Świętowanie, czyli urodziny termometru

Po zmierzeniu sobie temperatury, Junior radośnie odczytuje (na wyświetlaczu termometru elektronicznego) temperaturę wzorcową, czyli 36,6 Celsjusza. Po czym radośnie wykrzykuje:
– O, urodziny termometru!

Jakby komuś było mało okazji, można poświętować i taką.

Ja bardziej tradycyjnie życzę wszystkim Wesołych, Zdrowych Świąt – z akcentem na zdrowych, bo od kilku dni wszyscy mnie życząc, to słowo jakoś szczególnie podkreślają. Jakby se człowiek nie mógł mieć przez parę dni zaczerwienionych oczu i takich tam. 

No to świętujmy, ryby wasze w gardła nasze.

Nieznany epizod z życia Harry Pottera

Podczas przedświątecznego porządkowania strychu w domu zakamuflowanej opcji, znaleziono za kominem schowany album ze zdjęciami przodka z wycieczki czołgiem po Rosji. Przodek fotografował nie tylko siebie, ale i kolegów:

harry potter front wschodni ostfront rosyjskie demotywatory

Jakby ktoś chciał więcej takich małych wczesnoświątecznych prezencików, odsyłam tutaj (aha, to ten link co na fejsie). 

Wesołych Świąt, po raz pierwszy.

Jego pierwsza wigilia

Dzwonię dziś popołudniem/wieczorem (o tej porze roku trudno powiedzieć, kiedy jedno się kończy a drugie zaczyna) do znajomego w nieszczególnie ważnej sprawie. Odebrał komórkę tylko po to, by zapytać, czy to coś ważnego. Był bowiem „w pracy”, a konkretnie na spotkaniu „wigilijnym” u jednego ze swoich pracodawców. 

Wcześnie zaczynają w tym roku. Rozumiem ozdoby na ulicach, bo uprzyjemniają smutny ciemny czas, przyzwyczaiłem się do listopadowych świątecznych dekoracji w sklepach, widzę, że i rozwieszanie lampek w prywatnych domach i ogrodach też już się zaczęło.  Ale spotkania przy opłatku i karpiku na dwa tygodnie przed Świętami… (i to w budżetówce, a nie w megakorpo).

W każdym razie, ja jeszcze z pierwszymi życzeniami zaczekam.

Kolędy Preisnera

To było pod koniec ubiegłego tysiąclecia, pamięć uporczywie sugeruje datę 1998, chociaż tzw. twarde źródła mówią o 1999. Do Gazety Wyborczej dołączono wtedy zasponsorowaną przez operatora telekomunmikacyjnego płytę „Moje kolędy” sygnowaną przez Zbigniewa Preisnera, wtedy jeszcze niesionego falą popularności Wielkiego Współpracownika Kieślowskiego. Podszedłem do niej sceptycznie, zarówno z uwagi na gratisowy charakter, jak i na modność nazwiska Preisnera (choć skądinąd uwielbiałem jego muzykę do „Podwójnego życia Weroniki”), aczkolwiek ciepła wypowiedź pewnego niezwykle krytycznego znajomego dała mi trochę do namysłu. Zacząłem więc słuchać raz, drugi, piąty..

Od tej pory nie wyobrażam sobie Świąt bez tej płyty, ba, zdarzało się, że musiałem się zmuszać do włożenia do odtwarzacza jakichś kolęd klasycznych. Trupa Piwnicy Pod Baranami (Preisner pełni tu rolę szyldu) wytworzyła dzieło po prostu cudowne dla ucha i ducha, ciepłe, cieplutkie, urokliwiutkie; nawet jeżeli tekst w paru miejscach tworzy straszliwy kontrapunkt – żeby nie powiedzieć dysonans (słuchając Anny Szałapak w „Betlejem Polskim” żałuję wręcz, że rozumiem po polsku). Można się z nimi zamknąć w pomieszczeniu i zapomnieć o świecie, trafiają w moją polską czy nawet szerzej słowiańską, a może zwyczajnie ludzką duszę niczym Azazello w siódemkę pik.

Szybkie poszukiwanie sugeruje, że zbiór ten bywał w ostatnich latach wypuszczany na rynek w limitowanych seriach, może dla kolekcjonerów, może na prezent, a może dla tych, którzy zagubili jeden z setek tysięcy gratisowych egzemplarzy. Mój grzecznie leży na swoim miejscu, skopiowany na płycie i do plików, i pobrzmiewa na świąteczne życzenie.  Kto jeszcze nie zna, niech poszuka – a na zachętę Beata Rybotycka i „Kolęda dla nieobecnych„. Ja też oddalam się słuchać tej najcenniejszej gratisowej płyty w historii.

(Preisner pełni tu rolę szyldu)

Nieśmiertelny szum starej płyty

Jednym z elementów wspomnienia Świąt mojego dzieciństwa jest puszczana zawsze przy Wigilii płyta z kolędami w wykonaniu jakiegoś „Śląska” czy „Mazowsza”. Była to oczywiście czarna płyta (jeśli będzie czytać tę notkę jakiś młodziak – takie coś jak na tym filmie od 1:33), która zgodnie z najlepszymi tradycjami tego rodzaju płyt w pewnej chwili (na szczęście bliżej końca) zaczynała przeskakiwać i brzmiało „niech się Najświętsza Panienka nie gniewa nie gniewa nie gniewa nie gniewa…”, dopóki ktoś się nie dźwignąl szturchnąć igłę w adapterze (co to była za kolęda swoją drogą?).

Minęły dekady, a nawet wiek i tysiąclecie, kolęd z czarnych płyt już nikt nie puszcza, kiedy są CD, DVD, MP3 etc. Włożyłem wczoraj do odtwarzacza jakiegoś poczciwego legalnego CD-ka. „Mazowsze” pośpiewało, aż tu nagle zaczyna się zapętlać. Myślę, albo odtwarzacz przybrudzony, albo płyta się psuje, więc wkładam inną, po chwili podobnie. Dzisiaj wyciągnąłem płytę czyszczącą, przepuściłem grzecznie, wracam do kolęd – zapętla znowu, czyli jednak płyta. A że prościej skopiować co swoje niż biegać po serwerach, to popołudniu buch do komputera, zobaczyć co się uda uratować zgraniem do MP3. Zgrało, powiedziało że bez błędów.

Odpaliłem kolędy w laptopie. Pograło ślicznie, aż do tego samego miejsca co zwykle. Pierwszy raz w życiu usłyszałem zaciętą, zapętloną empetrójkę. Nawet playera zawiesiło.

Stare płyty trzymają sie mocno:)