Piąte miejsce

Piąte miejsce wygląda nieźle (o ile stawka jest większa niż pięciu startujących), choć medalowe nie jest. Piąte miejsce na mistrzostwach świata wygląda już całkiem nieźle, choć niedosyt pozostaje. Piąte miejsce w klasyfikacji medalowej mistrzostw świata… to wygląda, że serce rośnie. Piąte miejsce w klasyfikacji mistrzostw świata na równi z takimi biathlonowymi potęgami jak Rosja i zwłaszcza Niemcy – aż trzeba się bać, że za chwilę odlecimy z dumy. 

Cała klasyfikacja mistrzostw wygląda zresztą niezmiernie interesująco – w cuglach wygrała ją Norwegia, ale to głównie zasługa Svendsena i Berger (razem 7 medali indywidualnie z 11 zdobytych), dla drugiej Francji trzy z pięciu medali zdobył Martin Fourcade (oczywiście ci multimedaliści wydatnie przyczynili się do kolejnych medali w sztafetach). Paradoksalnie najrówniejsza okazała się być drużyna Ukrainy (czy raczej jej żeńska część), w której pięć medali rozłożyło się na trzy zawodniczki (i drużynę). Poza tą trójką żadna reprezentacja nie zdobyła więcej niż dwa medale. Polska wyprzedziła choćby utytułowaną ekipę Szwecji czy czeskich gospodarzy, tylu medali na raz nie zdobyła chyba nigdy.

Nie byłoby tych wyliczeń, gdyby nie dzisiejsza wspaniała niespodzianka sprawiona przez startującą jeszcze w zeszłym roku wśród juniorów Monikę Hojnisz, która dzięki znakomitemu strzelaniu pewnie dobiegła na trzecim miejscu. Wydawało się, że będzie o to miejsce walczyć z Krystyną Pałką, ale ta traciła siły z każdą chwilą i w końcu jeden jedyny strzał okazał się niecelny (wystarczyło na siódme miejsce). Bohaterki zasługują jednak na pełne uhonorowanie.

Monika Hojnisz medalistka biathlon Nove MestoMonika Hojnisz z medalem (zdjęcie Petr Josek, Reuters, za sport.pl)

Katarzyna Pałka wicemistrzyni świata biathlon Nove MestoKrystyna Pałka z medalem (zdjęcie PAP/EPA, za interia.pl)

Krystyna!

Kalendarz mówi, że imieniny Krystyny będą za cztery dni, a te najbardziej znane, hucznie fetowane – za jakieś cztery tygodnie.

Krystyna Pałka postanowiła nie czekać na dzień swojej patronki, żeby sprawić prezent sobie i innym. We wczorajszym sprincie na mistrzostwach świata w morawskim Nove Mesto dobiegła siódma, gdyby nie jedno pudło – mogła zdobyć medal. Co się jednak odwlecze… dziś biegła równie dobrze jak wczoraj (jeśli nie lepiej), strzelała lepiej niż rywalki, utrzymała się na nartach do końca (co nie wszystkim rywalkom się udało) i na mecie mogła triumfalnie wyrzucić ręce w górę: zdobyła pierwszy w historii polskiego kobiecego biathlonu medal mistrzostw świata, srebrny (do złota potrzebowałaby jednego pudła mniej). Sukces to dla niej tym większy, że do wczoraj ani razu nie dobiła indywidualnie do pierwszej dziesiątki na mistrzostwach świata, tylko raz na Igrzyskach w Turynie finiszowała szósta w biegu indywidualnym (oficjalnie jest piąta za sprawą prac komisji antydopingowej). 

Feta w drużynie będzie na pewno wielka, bo ocierały się o ten medal już dziewczyny, choćby w Vancouver. Nieźle finiszowały też pozostałe, bo na miejscach 12, 13 i 27 (pamiętając, że wynik biegu pościgowego w dużej mierze zależy od strat ze sprintu). Aż zaczyna się nabierać apetytu przed kolejnymi występami, zwłaszcza w sztafecie – ale zaleca się ostrożność pamiętając, że w Vancouver udało się nam swoimi agresywnymi oczekiwaniami po prostu zniszczyć psychikę biathlonistek przed sztafetą.

14 lutego akurat nie ma żadnej żeńskiej konkurencji, ale może Krystyna jeszcze lepszy prezent zamierza sobie sprawić bliżej imienin?

PS Przepraszamy fanów Cristiano Ronaldo, to nie notka dla nich. 

Niesforny śnieg

Śnieg tego roku zachowuje się co najmniej złośliwie: najpierw długo go nie było wcale, teraz udaje że jest,  a gdzieniegdzie jest go tyle, że utrudnia życie komu tylko może. Dzisiaj robił co mógł, żeby utrudnić konkurs skoków w Bischofshofen. Najpierw wczoraj musiano odwołać kwalifikacje i przełożyć je na dzisiaj (choć sporo do powiedzenia w tej sprawie miał też daje się wiatr). Dziś rozpoczęto kwalifikacje przed samym konkursem, ale mniej więcej w połowie śnieg zaczął padać jak szalony, zasypując tory. Kiedy Stephan Hocke spadł z progu, można było to jeszcze zwalać na przypadek, ale kiedy Jurij Tepes sprawiał wrażenia, jakby się podrywał do skoku już w połowie najazdu (i tak jeszcze ze dwa razy) – co tak naprawdę oznaczało, że śnieg działał mu jak ręczny hamulec – konieczne było ich przerwanie; tu oczywiście pojawia się pożywka do spekulacji o układach i mafiach (jak można skrzywdzić syna…), ale w tych warunkach można było albo kwalifikacje przeprowadzić od nowa, albo odwołać. 

Wybrano anulowanie kwalifikacji i przeprowadzenie pierwszej serii w pełnym składzie. Poszło całkiem sprawnie i szło coraz lepiej, problemy powróciły w drugiej serii (kiedy tak ślicznie Kofler zaczął odrabiać straty). Zaczęło sypać, zaczęła się walka o utrzymanie torów (swoją drogą fenomenalnie wygląda taki rząd odkurzaczy wysuwających się z boku, wręcz Matriksem zalatywało), problemy z najazdem wciąż mieli przedskoczkowie. Optymistycznie zarządzono przerwę. Opóźnienie było już tak duże, że w studio Eurosportu pojawił się już Krzysztof Wyrzykowski, żeby komentować biathlonowy sprint, i przez dobrą chwilę mieliśmy rozkoszny duet mieszany, przede wszystkim na fonii, a chwilami i na wizji (bardzo mi się taka interdyscyplinarność podoba). *Wyrzykowski nawet sięgnął pamięcią do czasów, kiedy skoczkowie zamiast kasków mieli na głowach czapeczki, i mieli odejmowane pół punktu z noty za styl, jeżeli im w locie spadła… 

Zgodnie z przeczuciami większości, śnieg nie pozwolił tej drugiej serii dokończyć. 

*uzupełnienie, bo mi uciekło przy pisaniu notki

Bez bilokacji nawet Bjoerndalenowi będzie trudno

Czytam dzisiaj, w jednym źródle za drugim, że Ole Einar Bjoerndalen zamierza wystartować w dwóch jednocześnie rozgrywanych mistrzostwach świata: biathlonowych w Chanty-Mansyjsku i narciarskich w ojczystym Oslo. Żeby nie przeredagowywać za wiele, wkleję tekst z jednego z wielu źródeł, niech będzie to dość wiarygodny zwykle Eurosport:

Bjoerndalen ma pobiec na trzeciej zmianie sztafety, która będzie rozgrywana w Oslo 4 marca. Tego samego dnia odbędzie się biathlonowy sprint w Chanty-Mansyjsku lecz biathlonista z niego zrezygnuje. Weźmie i tak udział w czterech pozostałych konkurencjach biathlonowych MŚ: 6 marca w biegu pościgowym, 8 marca w indywidualnym, 11 marca w sztafecie oraz 12 marca w biegu masowym.”

W realizacji tego planu dostrzegam jeden malutki problem. Oczywiście, są sponsorzy, którzy to sfinansują, samoloty, które dowiozą spod jednego stadionu na drugi, ekipy posłusznie na Mistrza czekające w obu miejscach, słowem: logistyka nie powinna sprawić zasadniczych trudności. Nie umiem sobie jednak wyobrazić, jak Bjoerndalen miałby wystąpić w biegu pościgowym, będącym kontynuacją sprintu, z którego rezygnuje… Federacja biathlonowa nawet dla Bjoerndalena nie byłaby chyba w stanie wymyślić furtki.

Swoją drogą, poza polskimi serwisami na razie nie znalazłem potwierdzenia tej informacji, nawet na własnej stronie Bjoerndalena ani na jego profilu na Facebooku…

Czas czystej jazdy

Miłośnicy analiz statystycznych mogą się nieźle wyżyć w biathlonie, bo w tej dyscyplinie zawody są rozkładane na czynniki pierwsze (i wszystkie dane są dostępne!). Szczególnie często spogląda się na tzw. czas czystego biegu, to jest odliczając czas spędzony na strzelnicy (ewentualnie także spędzony na karnych rundach), oceniając w ten sposób „czystą szybkość biegu”.

F1 jest dla fanów wczytywania się w liczby jeszcze lepszą gratką, niż biathlon:) Dzisiaj jednak zastanowiło mnie – przy tych wszystkich przetasowaniach związanych z wizytami w boksach i szaleńczej jeździe Hamiltona i Alonso – ile by wynosił w ich przypadku taki „czysty” czas jazdy, odliczając straty na czas spędzony na pit-lane. Z pozoru rzecz prosta, bo czasy poszczególnych przejazdów i postojów są zapewne do znalezienia (nie sprawdzałem, ale wierzę, że są), ale oczywiście jest haczyk: nikt mianowicie nie mierzy, ile wynosi czas przejazdu torem na odcinku pomiędzy początkiem, a końcem pit-lane. A bez dokładnego wyniku, ile trwałby przejazd tym fragmentem, nie da się wiarygodnie ustalić tego „czasu rzeczywistego”. Zawodnik jadący np. na 2 pitstopy, przejeżdża bowiem po torze inną drogę, niż jadący na 3 stopy (w biathlonie podstawowa droga jest zawsze stała). Nie wspomnę też o niemożności przeliczenia skutków pojawienia się na torze safety-caru na wyliczenie realnej szybkości zawodników.

Biethlon ma bowiem jedną zasadniczą różnicę w porównaniu do F1 – jest sportem dalece bardziej indywidualnym (i nie chodzi tu nawet o pracy całego zespołu przy przygotowaniu samochodu, kluczowym dla możliwości tego samochodu na torze, bo analogiczną funkcję – choć mniej skomplikowaną – odgrywają serwismeni). W biathlonie praktycznie wszystko zależy bowiem od samego zawodnika: jego biegu, jego oka i ręki, jego nerwów, inni nie mają praktycznie na niego wpływu. Na torze natomiast inni zawodnicy mogą znacząco wpłynąć na jazdę innych – nie dając się wyprzedzić, czy też powodując zdarzenia wyścigowe. I czasy natychmiast stają się nieporównywalne.

Nie ma prostego kalkowania schematów, ale oba sporty i tak są piękne:)

Biathlon na ślepo

Nie, to nie będzie zjadliwy komentarz do występów polskich reprezentantów (nie spisali się ostatnio aż tak źle, żeby zasłużyć na takie epitety). Włączyłem w sobotę na Eurosporcie transmisję z Igrzysk w Vancouver – nie, nie powtórkę, tylko transmisję z Igrzysk Paraolimpijskich. Akurat nadawano transmisję z biathlonu. Nie jestem specjalistą od sportu niepełnosprawnych, więc nie do końca wiedziałem, jakich uczestników się spodziewać – na wózkach, upośledzonych umysłowo, bez ręki.. Poczułem się jednak mocno zaskoczony, kiedy okazało się, że to konkurencja dla niewidzących i niedowidzących.

No właśnie. Biathlon to bieg – i strzelanie. W biegu każdy z zawodników miał swojego przewodnika, biegnącego przed nim na nartach (przeszła mi przez głowę luźna myśl, że przewodnik może „podciągać” swojego podopiecznego, dyktując mu odpowiednie tempo), ale strzelanie? Czekałem niecierpliwie do strzelnicy. Zawodnicy zajmowali tradycyjne pozycje strzeleckie, ale na uszach mieli wielkie słuchawki. Celowali przy pomocy systemu dźwiękowego, informującego ich o namierzeniu celu. Niektórzy trafiali w ten sposób nawet 10 na 10. No proszę.

Ciekawe jak wypadliby w tej konkurencji „prawdziwi” biathloniści, gdyby zawiązać im oczy.

Pogrom dziennikarzyn

Dwa kolejne dni na Igrzyskach to występy drużynowe naszych reprezentantów, w tym zwłaszcza skoczków i biathlonistek. Skoczkom poszło nienajgorzej, ale i tak zawiedzeni żurnaliści wylali na nich kubły pomyj, bo już w swej naiwności dopisywali medal do listy. Nadzieje ze skoczków przeniesione zostały natychmiast z całą siłą na biathlonistki, w sposób na tyle absurdalny, że przedstawiciele Głosu Karczewa czy tenis.pl nachodzili bohaterki biegu indywidualnego i dopytywali, czy uda im się zdobyć złoto. W koncentracji przed biegiem pomogło to dziewczynom na pewno jak cholera – w biegu, w którym szansa na dobry wynik (w tym jednoprocentowa na medal) istniała przy znakomitym strzelaniu, liczba pudeł na pierwszych dwóch rundach była dwucyfrowa. Ciekawe, jak jutro będą psioczyć, że im się nadęte do granic prezerwatywy oczekiwań przekłuły.
Mocno? Cóż, od tego co podczas relacji ze sztafety biathlonowej mówili fachowcy – czyli Jaroński z Wyrzykowskim – różni się to tylko stylistyką, merytorycznie uważamy to samo.

Czuję się prawie winny

Rozmawiałem dzisiaj ze starym znajomym o typach na dzisiejsze zawody olimpijskie. Wymieniając kandydatki do zwycięstwa w biegu indywidualnym pań, rzuciłem w pewnej chwili:
– A może Weronika Nowakowska trafi 20/20?…
I wobec ciszy w słuchawce dokończyłem:
– ..to żart.

I teraz ten siedemnasty strzał trochę we mnie siedzi.

Weronika Nowakowska w Vancouver

Wielkie gratulacje dla piątej Weroniki, siódmej Agnieszki i piętnastej Krystyny!

A tak na marginesie, to Weronika Nowakowska rok temu na tej właśnie trasie w tej samej konkurencji była.. ósma.