La Laa Land

Ciepły (prawie gorący) letni dzień. Szwendamy się leniwie uliczkami małego miasteczka wśród pól i obserwujemy rzeczywistość jednakowoż odmienną od naszej (no, chyba żeby nie). Pośrodku miasteczka, przy ryneczku, stoi sobie ratusz. Widać go z pewnej odległości, wyniosły góruje nad otoczeniem niskopiennym niczym Kongresówka. Na dachu widać te urocze, rzadko spotykane zdobienia, które tak bardzo podobały mi się w Budapeszcie (nie napisałem o tym? trudno). A kiedy patrzymy na ryneczek pod ratuszem, to nie dość, że prawie cały zajęty pod parking:

Laa an der Thaye rathaus ratusz Austria

to zaraz obok z boku tegoż ratusza jest – powiedzmy – kącik sanitarny, obejmujący nie tylko zwykłego toi-toia, ale i barakowóz jak od Drzymały wypożyczony, zaadaptowany przez lokalną OSP na posiadający część zarówno męską jak i damską.

laa an der thaye wc wagen rynek

Dla większego urozmaicenia po tej bocznej stronie dorzucono część zieloną (acz niepozbawioną parkingu) i stację ładowania wszystkiego (choć raczej mniejszego niż większego) prądem elektrycznym pochodzącym ze źródeł odnawialnych, a konkretnie z baterii słonecznych umieszczonych na dachu wiaty. Gdzieś tam był też sklep typu 1001 drobiazgów (zamknięty z powodu urlopu), na którego wystawie wypatrzyłem tę oto fascynującą, przydatną rzecz:

laa an der thaye stojak na butelkę

Cóż to za piękny przedmiot, Trurlem pachnący? Nie wiem jak Wam, ale na moje niefachowe oko to stojak na butelkę wina. Klassisch! A z innej strony ryneczku (z przyległościami) było miejskie muzeum. Zerknąłem na jego tablicę ogłoszeń – promowała ekspozycję „OGÓRKI I WIĘCEJ”.

Laa an der Thaye Muzeum Museum Austria

Ale w gruncie rzeczy czego się spodziewać po miasteczku, które ma w nazwie „nad rzeką”, a rzeka znajduje się kilka kilometrów dalej, w sąsiedniej wsi i sąsiednim państwie (ech, ta pokręcona historia Europy Środkowej). 

Laa an der Thaye (nad Dyją) pozdrawia serdecznie. 

Woodstock

Ludzie.
Młodsi i starsi.
Wysocy i całkiem mali.
Ładniejsi i brzydsi, kształtni i nieforemni.
Ubrani zwyczajnie lub w wyrafinowanych strojach.
Mający na włosach wianki, farby, wstążki lub wymyślne nakrycia.

Wszystkich łączyło jedno: muzyka (i dobra zabawa), niezależnie czy skakali pod sceną, stali bardziej w oddali czy siedzieli pod namiotami (o miłości i przyjaźni się nie wypowiadam, zwłaszcza pod namiotami).

A brud i śmieci? Fakt, deptanie po pustych puszkach było przeżyciem swoistym… Niemniej można było ich nie zauważać, tak jak się nie zauważa reklam internetowych (przy pewnej dozie wyćwiczenia), oraz oczywiście nie śmieciło się samemu.

Siema, Juras! Nie obiecuję, że przyjadę znowu.

Zachód

Odbyłem niedawno krótki urlop (dlatego nie pisałem bo się najpierw przygotowywałem do wyjazdu, potem mnie nie było, a potem nadrabiałem po przyjeździe). A że tak jakoś strasznie pusto wygląda, to wrzucę malutki przerywnik.

zachód słońca Bałtyk Świnoujście Swinemunde

Pojechałem na zachód i taki sobie widziałem zachód. 

I po grzybach

Leci ten czas, leci… Niespełna osiem lat temu (brzmi kombatancko) zamieszczałem tu na blogu zdjęcia z wycieczki po Pustyni Błędowskiej (może po jej skraju, nie będę się zarzekał). Pisałem wtedy, jak to właściwie Lasek Błędowski (Lasek, bo Lasy Błędowskie są na zachód od Pustyni) jest, zbiorem grzybów się chwaliłem, zdjęcia zamieściłem.

Napomykałem wtedy, że planuje się Pustynię upustynnić. Osiem lat później i ze dwa projekty unijne później… upustynnienie stało się ciałem. Z wyjątkiem jednego, drzewka na Pustyni zostały wykarczowane lub wycięte (pieńki wciąż gdzieniegdzie widać), krajobraz zrobił się mocno wydmowy (wydmy niskie), piachu więcej niż roślinności. Grzyby w związku z tym nie mają gdzie rosnąć, mikoryza jest nieubłagana…

Pustynia Błędowska 2017 Klucze Czubatka

Gdybyście chcieli połazić po piachu, krajobraz z kategorii pustynnych, trzeba wybrać właściwą wieś – wciąż najlepiej z Kluczy, z Błędowa jest dalej (kiedyś się naciąłem…), ostrzegam przed próbowaniem od strony Chechła, bo tam są tereny wojskowe (można na punkt widokowe, ale w zasadzie nic ponad to), na zdjęciu po prawej.

Pustynia Błędowska 2017 Klucze Czubatka

Smutni chłopcy z Placu Broni

Chłopcy z Placu Broni nie mają lekko. Plac dawno zabudowany, pewnie już nie boli, zwłaszcza że szkołę też przeniesiono z ulicy Pawła na ulicę Prater. Starsi stoją oparci o szkolną bramę, zakładają ręce. Młodsi w kącie grają w kulki, starając się nie widzieć pomarańczowej plastikowej rynny.

Szkoła mieści się w zaniedbanym budynku, w którym brakuje wielu cegieł w murze. Ulica nie wygląda lepiej, w jej dalszej części pojawiają się blokowiska. Droga do namiastki Placu (plac Molnara) długa, zresztą to zwykły skwerek z kilkoma ławeczkami, bardziej się nadaje na mały piknik niż na chłopięce zabawy. Za to dosłownie na tyłach szkoły powstało wielkie centrum handlowe, wydłużające się na kolejne kwartały, ciężko w tych warunkach nie popaść w konsumeryzm (strach pomyśleć, że mógłby im zagrażać galerianizm).

Zastanawiam się, jaki jest stosunek obecnych uczniów do chłopców. Nabożny szacunek? Drwina? Znudzenie oklepanymi bohaterami? Byłem późnym popołudniem i w święto, więc niczego nie mogłem zaobserwować. Brąz ich postaci śniedzieje nieznacznie, więc są dotykani.

chłopcy z placu broni Budapeszt pomnik Węgry

chłopcy z placu broni Budapeszt pomnik Węgry

Z cukru był król…

…z piernika paź, królewna z marcepana, tak to jakoś szło w starej kołysance (raczej jej słuchałem niż ją śpiewałem). Zastanawialiście się kiedyś czy ktoś naprawdę by zrobił takie słodkie postacie? No ja się, przyznam, nie zastanawiałem, choć słyszałem o głowach cukru (czyli na kształtną bryłę się nada) i widywałem piernikowe figurki (choć raczej w formie płaskiej). Co się zaś tyczy marcepana to każdy pewnie jakieś marcepanowe drobiazgi…

Właśnie: drobiazgi. Coś małego sobie wyobrazić nietrudno, a coś dużego? Więc przyznam, że tego co niedawno zobaczyłem, zupełnie się nie spodziewałem, może dlatego że (patrz wyżej) nigdy się nad tym nie zastanawiałem (i nie chodzi o coś do księgi rekordów Guinnessa).

michael jackson marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Wiem: to król raczej niż królewna, jednak cały z marcepanu (za szybą, żeby nie lizać); z boku na szybie tabliczka informująca ile kilogramów masy marcepanowej zużyto do produkcji i ile to godzin trwało. Postaci kobiece też były (naturalnej wielkości), ale ten w centralnym miejscu był postawiony.

dino dinozaur marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Ten dinozaur miał raczej metr niż trzy, nic większego niż postać ludzka nie pamiętam, niemniej i duże, i małe, budziły zachwyt.

kaktus cactus marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Przy dinozaurze widać było i motywy roślinne, tutaj w całej okazałości. Najtrudniej było fotografować, bo przez szybę, odbić co niemiara (zresztą dostrzegalnych tu i tam).

101 dalmatyńczyków dalmatians marcepan szentendre muzeum węgry

A wszystko to w niewielkim (góra godzinka), acz przeuroczym Muzeum Marcepanu w niewielkim (i też niczego sobie) miasteczku Szentendre, jakieś 30 km na północ od Budapesztu, nad brzegiem Dunaju.

Góry Woltowe

Podróżowałem dziś do stolicy województwa ościennego. Ponieważ legendarna „siódemka” (do powieści Szczerka odsyłam) okazała się być mocno w przebudowie, bardzo niechętnie podchodziłem do myśli o wracaniu nią (choć na odcinku już ukończonym uchodzi za ekspresówkę), pogrzebałem w nawigacji i postanowiłem znów pozwiedzać boczne drogi.

Ruszyłem na zachód. Droga wiodła między pagórkami, doprowadziła mnie do Wiernej Rzeki (zarejestrowałem miejscowość i stację kolejową, na strugę nie zwróciłem uwagi). Potem przyszła pora przebijać się na południe, a że nawigacja postanowiła wybrać wariant krótszy, lecz bardziej hardkorowy,* to droga poniosła mnie prosto w pagóry. Jechałem to wyżej, to niżej, spoglądałem na ośnieżone pasma wokół… Jedna rzecz jednak nie pozwalała cieszyć się tym krajobrazem – dominantą nie były lasy ni szczyty, ale wszechobecne linie przesyłowe, słupy i druty. No i taka mi się nieco złośliwa nazwa ułożyła (formalnie to chyba Pasmo Przedborsko-Małogoskie, ale głowy nie dam).

Co nawigacja wzięła, to nawigacja oddała.. Zaproponowała mi tak ni stąd, żebym odbił z drogi krajowej na południe. I kiedy tak ruszyłem z Pradły w kierunku Wolbromia, uradowała się dusza widokiem drogi wcinającej się w ośnieżone zbocza, i grzbietów pełnych lśniących od szadzi drzew, do tego zupełnie zaskakujący kościół w Dzwono-Sierbowicach. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę jechał drogą Pradła-Pilica-Złożeniec-Klucze, ale dziś było warto (może lepiej nie psuć wspomnienia).

Tylko zdjęć nie było jak robić.

*Mieronice-Żarczyce-Węgleszyn-Oksa

Grudniowy podwieczór

Grudzień. Człowiek wstaje rano, a tu ciemno, jeszcze dobrze nie zdąży pracować, a tu znów ciemno, i nie jest to jeszcze noc polarna. Czasem się z tego powodu zastanawiam czy lepszy jest na taką porę roku czas letni, czy czas zimowy (póki co wygląda mi na to, że jednak zimowy, bo ważniejsze jest się dobrze obudzić, wieczorem łatwiej sobie poradzić z zaśnięciem), więc jeśli mamy zmieniać to w tę stronę.

Znalazłem jednak dobrą stronę. Człowiek wstaje rano, jeszcze ciemno, i chwilę potem widzi jak się świat rozjaśnia, jak ma okna dobrze ustawione to i na wschód słońca się załapie („pierwszy raz w życiu jutrzenkę obaczył…”) Pod koniec pracy zaś można zoczyć zachód słońca nie czekając Ra wie ilu godzin. A zachody słońca w grudniu też potrafią być niezmiernie efektowne, zwłaszcza kiedy zachodzące słońce z chmurami się bawi.

Wczoraj tak miałem, że w porze zachodu słońca wychodziłem. Niezmiernie to urokliwie wszystko wyglądało, te chmury słońcem pokolorowane. Tylko potem nagle musiałem mocno zahamować, bo jeden pan w czapce zapraszał mnie do zjazdu na pobocze gestem nieznoszącym sprzeciwu, kosztował mnie ten zachód słońca 50 zł i dwa punkty (bo ograniczenie przegapiłem).

Pociągiem po mapie

Ach, te dawne miasteczka i klimat XIX wieku (wczesnego dwudziestego też)… Bywało więc sobie miasteczko, a nieopodal biegła linia kolejowa, nie za blisko, bo kto by tam tory do miasta wpychał. Kto był chętny na pociąg, jechał sobie na stacyjkę bryczką… jak nie miał bryczki albo jeśli po niego nikt na stację nie wyjechał, to zostawało mu z buta odległość do miasteczka pokonać.

Mierzę się z koniecznością wyjazdu służbowego na Szkieletczyznę, dwie godziny podróży z hakiem (wielkość haka zależy od przyjętego środka transportu). Kręcąc nosem poszukuję alternatywy dla jazdy samochodem (ani droga interesująca, ani pora dnia, ani roku, a poza tym lubię odpoczywać w drodze raczej niż się męczyć). Bezpośrednie połączenie kolejowe wprawdzie jest, ale oznacza bardzo wczesne wyjście, i dużo czasu na miejscu… Przelatuje przez głowę myśl: hmm, a może się da zrobić przesiadkę przez słynną Stację Włoszczowa Północ? Zaczynam grzebać w wyszukiwarce połączeń, trochę oczom nie dowierzam, sięgam po Google Maps…

Stacja Włoszczowa Północ jest – powiedzmy – o jakieś półtora kilometra na zachód od włoszczowskiego rynku (który oficjalnie nie nazywa się rynkiem, ale patrząc na mapę, taką powinien mieć genezę), przy Centralnej Magistrali Kolejowej biegnącej z południa na północ. W sumie nie wydaje się bardzo daleko, powiedzmy że w granicach spaceru. Nie przyszło mi jednak do głowy, że „właściwa” stacja Włoszczowa znajduje się od tegoż rynku o jakieś cztery kilometry w przeciwną stronę, na południowo-wschodnich obrzeżach miasta (przy linii kolejowej z zachodu na wschód)… Połączenie kolejowe między jedną a drugą Włoszczową odbywa się poprzez stacyjkę we wsi położonej  o 10 km na południowy zachód.

Wygląda na to, że nie będę się przesiadał we Włoszczowej, bo nikt po mnie bryczką nie wyjedzie.

Żółty tworzy jesień

Kiedy wcześniej wygłosiłem podobną myśl na fejsie, spotkałem się z kontrą: a nie szary? Fakt, szary też się mocno z jesienią kojarzy. Bo to ciężkie szare  chmury. I szary deszcz zachlapujący świat. I szare błoto pod nogami. I szare drzewa pozbawione już liści. I zieleń poszarzała. I nawet mgła jesienią szaro wygląda. Fakt, składa się to na szarobury obraz (czy koty są jesienne?), nawet przecież jest takie słowo jak szaruga (jesienna).

Ale to jednak w listopadzie. W październiku (nie mówiąc o wrześniu) jednak mamy inną kolorystykę (zwłaszcza jeśli słoneczko świeci, jak jeszcze pół godziny temu). W tym roku długo (mimo że podobno wszystko jest wcześniej…) utrzymywały się barwy letnie (nawet jeśli słońca mniej), zwłaszcza kolega Stradovius w swoich licznych podróżach dziwował się, gdzie ta jesień. Ja też się dziwiłem, że zupełnie nie-jesiennie świat wygląda, bo nawet jeśli gdzieniegdzie drzewa zaczynały czerwienieć lub brązowieć, to niknęło to w głębokiej zieleni. Aż wreszcie…

jesień Katowice Kostuchna Murcki

Przyszedł dzień, kiedy coś się zmieniło w wyglądzie świata. Liście na drzewach zaczęły żółknąć. Im więcej drzew wyglądało żółto, żółtobrązowo, pomarańczowo i złociście (proszę mi się tu nie czepiać że się nie znam na nazwach kolorów), tym bardziej chciało się powiedzieć: jesieni, przyszłaś! Nawet jeśli nie trwało to bardzo długo, bo przymrozki i wiatry zrzuciły większość tej żółtości na ziemię.

jesień liście