Ligomistrzowe cyferki

Zakończyła się faza grupowa Ligi Mistrzów Anno Domini 2016. Było ciekawie.

Najwięcej goli strzeliła Borussia Dortmund – 21.* W tym 14 Legii.**
Najwięcej goli straciła Legia. W sumie 24.***
Najmniej goli strzeliło Dinamo Zagrzeb. Mniej się nie dało.
Najmniej goli stracił… trzy drużyny straciły po dwa. Atletico i Juventus wygrały swoje grupy, Kopenhaga zagra w Lidze Europy kończąc z różnicą bramek +5. 
Dla porównania Legia zagra w Lidze Europy wychodząc z różnicą bramek -15. Ciekawe czy to jakiś rekord.
Cristiano Ronaldo strzelił łącznie tyle samo goli, co Miroslav Radović Realowi (bardzo żałowałem, że ze Sportingiem nie trafił Kucharczyk – a miał co trafić – wtedy jego bym wziął do porównania).

Aha, dla porządku: liczba Legii to ostatecznie 21. Gole strzelali: Goetze, Papasthopoulos, Bartra, Guerreiro, Castro, Aubameyang, Ruiz, Dost, Bale, Jodłowiec, Asensio, Vasquez, Morata, Benzema, Kovacic, Kagawa, Sahin, Dembele, Reus, Passlack i Rzeźniczak. Jako pierwszy dwukrotnie trafił Bale (gol nr 14), oprócz niego dublety zaliczyli Kagawa (w ciągu dwóch minut) i Reus (ten prawie miał hat-tricka, ale ostatni gol oficjalnie policzono jako samobójczy). 

*to rekord
**ciekawe czy to rekord liczby goli przeciwko jednej drużynie
***to wyrównanie rekordu

Tuzin

Takie mecze wspomina się potem dekadami. Całe pokolenie będzie mogło stawiać pytania „co robiłeś tego wieczora kiedy Legia grała w Dortmundzie”, przyćmieniu ulec już może wspomnienie 3-7 z Bayernem. Niemcy też niewątpliwie będą pytać „hast du DAS gesehen”, wszak wystarczyło mrugnąć i można było przegapić gola, a co najmniej jakąś poprzeczkę. Płyty z tym meczem będzie można sprzedawać w serii „futbolowe jaja”, jak również na potrzeby sesji antydepresyjnych (natomiast zdecydowanie nie powinna go oglądać młodzież przyuczana do zawodu piłkarza o specjalizacji defensywnej).

Wynik jest imponujący. W jednym meczu padło dwanaście goli, rozłożyły się… nie po równo, ale dość równomiernie. Borussia miała 100% skuteczność w pierwszej połowie (5 goli na 5 strzałów), nie mam pewności czy po przerwie nie przedłużyła passy do 6/6. „Liczba Legii” została wyśrubowana do 20… i jeszcze jeden mecz przed nami.

I najpiękniejsze jest to, że mając dwa tuziny goli straconych Legia może wyjść z grupy i grać wiosną w Lidze Europy. Wystarczy najmarniejsze zwycięstwo nad Sportingiem u siebie…

Hazardowe strzelanie

Dziś Wielki Mecz Pustych Trybun, emocje jak na pustych trybunach, zostało zabawianie się grami hazardowymi. Tyle że… po pierwszym meczu prawdopodobieństwo, żeby madryckim się szczególnie chciało dokopać do dwucyfrówki jest znikome (bo dla kogo), w Legiolotka już obstawiłem, co by tu jeszcze? Zgadywać ile trafi Cristiano?

O, i tu pojawia się pewna myśl. Po losowaniu były tu i tam głosy, że losy rywalizacji o króla strzelców Ligi Mistrzów rozstrzygną się w fazie grupowej, bo jak Aubameyang rozpocznie wyścig z Ronaldo… A tu na razie CR7 ma raptem dwa gole w trzech meczach, a Aubameyang – trzy.

I tu wchodzi Legia, cała na.. nie wiem się ten kolor nazywa, poligonowy chyba. Pewnie mało kto zwrócił uwagę na taki mały rzadki wyczyn, że w dotychczasowych trzech meczach fazy grupowej Legia straciła 13 goli (nie wiem czy to już jakiś rekord), i te 13 goli strzeliło 13 różnych zawodników (to już pewnie jest); w fazie eliminacyjnej zresztą też żaden piłkarz nie strzelił Legii więcej niż jednego gola, ale skoro z żadną drużyną nie stracili w dwumeczu więcej niż jednego, to się to rozumie samo przez się.

Przypomnijmy dla porządku: Goetze, Papasthopoulos, Bartra, Guerreiro, Castro, Aubameyang, Ruiz, Dost, Bale, Jodłowiec, Asensio, Vasquez, Morata. Który z nich jako pierwszy trafi po raz drugi? Czy dokona tego jakiś zawodnik, którego jeszcze nie ma na tej liście? Który gol stracony przez Legię w fazie grupowej będzie pierwszym drugim golem strzelonym Legii przez jednego zawodnika? Można obstawiać.

Ja stawiam na Jodłowca.

Hazardowa Liga Mistrzów

Występy Legii Warszawa w Lidze Mistrzów są świetną okazją do różnych gier hazardowych. Można więc wymienić:
– zakłady czy Legia strzeli gola/zdobędzie punkt (właśnie strzeliła z karnego)
– zakłady na ile meczów stadion zostanie zamknięty/ile grzywny będzie do zapłacenia
– zakłady ile goli Legia straci (kurs na dwucyfrówkę był w okolicach 1-100)
– zakłady ile strzałów oddadzą przeciwnicy/przez ile procent czasu będą przy piłce
oraz zabawa królewska (no pun intended), czyli
– Legiolotek, czyli obstawianie, w której minucie Legia straci pierwszego gola – od 1 do 48 i 49+. 

Edena Hazarda w tegorocznej edycji LM nadal nie oglądamy.

Model biznesowy?

Ach, ta nasza Agnieszka Radwańska. Znów pojechała na Igrzyska i skończyła tam wcześniej niż ktokolwiek przypuszczał, z nią samą włącznie (wszystkiego dwa mecze w dwóch konkurencjach, tym razem singiel i mikst). I znów zaczęło się budowanie teorii spiskowych przez wściekłych (liczących na łatwe medale) kibiców (w sumie wyniki tych olimpijskich turniejów…), że niby tylko dla picu przyjechała, nie chcąc się przemęczać przed dalszym ciągiem sezonu, kiedy to gromadzi się pracowicie dolary i punkty rankingowe, nie wykluczając i sławy mołojeckiej w Szlemie czy innym Mastersie.

No i dziś w nocy bum! Radwańska wzięła i wyoutowała się z US Open, przegrywając ku zaskoczeniu świata (mojemu tak średnio, nie miałem dobrych przeczuć) z osiemnastoletnią Chorwatką, po raz jedenasty będąc niezdolną doskoczyć choćby do ćwierćfinału. Natychmiast Paweł Wilkowicz zauważył, że dla zwolenników teorii „Radwańskiej się chce kiedy dobrze płacą” ten wynik będzie stanowił nie lada zgryz, bo w Nowym Jorku nie tylko płacą chyba najlepiej w całym sezonie, ale na dodatek Agnieszka miała szansę na ekstra premie związane z wcześniejszymi nadspodziewanie udanymi występami w Stanach.

Nie, nie będę próbował tu snuć rozważań natury psychologicznej, fizjologicznej czy fizycznej, mających doprowadzić do Sekretu Agnieszki, jakiegoś kamienia filozoficznego jej tenisa. Nasunęła mi się rano tylko taka myśl złowroga, taka teoria superspiskowa. Już lata temu pisałem o Radwańskiej jako o zawodniczce „ćwierćfinałowej” (dziś Rafał Stec podobnie błądząc w desperacji napisał o „drobnej ciułaczce„), A CO JEŚLI TO NIE PSZYPADEK? Grywać regularnie w ćwierćfinałach i innych wysokich rundach, wygrywać imprezy spore, lecz nieco słabiej obsadzone, te Tienciny i Stanfordy, gromadzić skrzętnie punkty dające wysoką pozycję w rankingu (dzięki czemu w początkowych rundach gra się łatwiej, z co słabszymi rywalkami) i dolary na koncie (zwłaszcza tam gdzie dają ich dużo), błysnąć pojedynczymi arcybłyskotliwymi zagraniami, lecz nie passą wygranych aż po najważniejsze trofea? Byłbyż to model biznesowy własnego tenisa, porównywalny z modelem dwunastego zawodnika drużyny NBA, co to ani się w meczu nie nabiega, ani odpowiedzialnością wielką nie jest obciążony, a stan konta się zgadza? 

Czy wierzę we własną teorię spiskową? Tak samo jak wierzę w celowe odpadanie na Igrzyskach… Kiedy Radwańska zakończy karierę, zapewne polski tenis wróci do czasów kiedy cieszył nas występ naszego reprezentanta w Szlemie, a przegrany finał turnieju nie był porażką tylko sukcesem, że finał (choć w ostatnich latach tych powodów do radości bywało sporo). Na pewno jej tenisa – tak rzadkiego wśród profesjonalistów – będzie brakowało, więc cieszmy się nim zanim odejdzie.

Łzy na bieżni

Zdradzę pewien sekret: potrafię bardzo emocjonalnie reagować na rywalizację sportową, zwłaszcza jeśli dotyczy naszych reprezentantów. Zagryzam zęby, zaciskam pięści, wykonuję przeróżne gesty, wymachy, podskoki; szczęśliwy finał potrafi ze mnie wycisnąć łzy, nigdy nie wiem w którym przypadku. W półfinałowym biegu Joanny Jóźwik na 800 metrów – wygranym firmowym finiszem, tym razem ze środka stawki – podskakiwałem na kanapie z radości.

Takie reakcje mam od dawien dawna. Pamiętam, że jednym z pierwszych przypadków zwilgotnienia oczu był bieg, którego nawet nie mogłem oglądać: finał kobiecej sztafety 4×100 metrów na igrzyskach w Tokio w 1964 roku. Czytałem o nim w zeszytach „Pocztu polskich olimpijczyków” oraz w znalezionej przypadkiem na śmietniku i gdzieś później zagubionej książeczce Tadeusza Olszańskiego, też o olimpijczykach; z tej drugiej mam wryte w pamięć zdanie „Start! Teresa [Ciepły] znakomicie wychodzi z bloków”. I kiedy docieramy do mety, na którą rozpędzona Ewa Kłobukowska wpada bijąc rekord świata, niezmiennie mi się w oczach robi mokro…

Patrzyłem w nocy z zaciśniętymi pięściami, jak Joanna Jóźwik biegnie na końcu stawki i finiszuje na piątym miejscu, z czasem o półtorej sekundy lepszym niż w półfinale, o sekundę lepszym od rekordu życiowego, o 0,42 sekundy gorszym od 36-letniego rekordu Polski, o pół sekundy od medalu. Przed nią była Kanadyjka Bishop, którą pokonała w półfinale, oraz trzy potężne Afrykanki, otwarcie lub skrycie uważane za dwupłciowe, ze słynną już Caster Semenyą na czele. Po tym finale niestety czytam opinie, że biegło w nim trzech mężczyzn, więc…

Ewa Kłobukowska po igrzyskach w Tokio (gdzie do złota w sztafecie dorzuciła brąz na 100 metrów) dalej szła jak burza, także dzięki przyjaźni i rywalizacji z Ireną Kirszenstein (później Szewińską). Mistrzostwo Europy, rekordy świata… Ale w 1967 roku została zmuszona do zakończenia kariery, ponieważ uznano, że nie przeszła testu płci, w części jej komórek stwierdzono obecność chromosomu Y (w konfiguracji XXY). Nie pojechała bić kolejnych rekordów na igrzyskach w Meksyku (stare wymazano z tabel), zamiast tego urodziła syna.

Za mundurem olimpijki sznurem

Oglądam Igrzyska bardziej chłonąc niż starając się cokolwiek zapisywać, emocji nie brakuje – i kiedy nasi mkną po medale (widziałem i szaleńczą końcówkę wyścigu Majki, i kapitalny finisz pary Fularczyk-Madej), i kiedy nasi walczą jak lwy, niezależnie czy ostatecznie wygrają (patrz: badmintoniści Zięba i Mateusiak z Anglikami), czy przegrają (patrz: pingpongiści Dyjas, Górak i Wang z Japończykami czy też szablistki Socha, Kozaczuk i Jóźwiak z Amerykankami). Wczoraj nawet zarwałem kawałek nocy, żeby zobaczyć jak startuje nasza juniorka Ewa Swoboda w półfinale setki (po drodze byli pingpongiści oraz fascynujące mecze del Potro i tej niesamowitej złotej Portorykanki Moniki Puig, więc czekało się dobrze).

Po biegu Swoboda miała powiedzieć (tego już nie widziałem, tylko słyszałem), że swoją przyszłość chętnie wiązałaby z wojskiem. Spotkałem szybko komentarz, że nie zdaje sobie nastolatka sprawy, że w wojsku trzeba robić coś więcej niż tylko trenować – i aż mną zatrzęsło. Przecież tylu sportowców formalnie jak najbardziej jest żołnierzami! Żeby daleko nie patrzeć – nasz podwójny wicemistrz olimpijski, kapral zawodowy Piotr Małachowski. Wojsko to męska sprawa? A skąd! Choćby nasza kadra biathlonistek żołnierzami stoi, z wicemistrzem świata  kapral Krystyną Pałką na czele. W Rio od polskich żołnierek aż się roi w przeróżnych dyscyplinach: starsza szeregowa szablistka Aleksandra Socha, strzelczynie: kapral Sylwia Bogacka czy starsza szeregowa Agnieszka Nagay, starsza szeregowa judoczka Daria Pogorzelec, starsza szeregowa zapaśniczka Agnieszka Wieszczek… (w Londynie podnosiła ciężary starsza szeregowa Aleksandra Klejnowska)

Polscy sportowcy wojskowi reprezentują wszelkie formacje: i wojska lądowe, i Siły Powietrzne, i Marynarkę Wojenną. Ewa Swoboda może mieć więc duży wybór (dyscyplina wszędzie będzie podobna). Sądząc po tym, że jej czas w półfinale – choć nie był daleki od rekordu Polski ani nawet nie był rekordem życiowym – był najlepszym wynikiem polskiej sprinterki na 100 metrów na Igrzyskach Olimpijskich (o jedną setną poprawiła wynik Ireny Szewińskiej sprzed pół wieku), to chyba wyląduje w Siłach Powietrznych, w eskadrze F-16…

Faworyt na własnych śmieciach

4 lipca 2004, Lizbona. Wielka Portugalia gra przed własną publicznością z małą Grecją w finale mistrzostw Europy.

19 maja 2012, Monachium. Wielki Bayern gra przed własną publicznością z pokiereszowaną Chelsea dowodzoną przez tymczasowego trenera w finale Ligi Mistrzów.

10 lipca 2016, Paryż. Wielka Francja gra przed własną publicznością z małą Portugalią (osłabioną po kwadransie przez kontuzję Cristiano Ronaldo) w finale mistrzostw Europy.

Tu się pcha jakiś bonmot, że wielkość poznaje się na koniec.

Kiepski Nostradamus

Przewidziałem, że trafimy.
Przewidziałem, że Ronaldo nie trafi (wyczerpał swój limit dwóch goli na Euro, seria karnych się nie liczy).
Przewidziałem, że Lewy trafi (serie karnych się nie liczą).
Przewidziałem, że prawdopodobnie nie wyjdziemy na zero z tyłu.

Przewidywałem, że strzelimy więcej.

Na stos z takimi przepowiadaczami 🙂

Dzięki, chłopaki.
Dzięki, Kuba.